Ocena użytkowników: / 4
SłabyŚwietny 

 

Linia Maginota- pierwsza myśl, która się nasuwa większości z nas to fortyfikacje, podziemia, ciemności, a właściwie dużo podziemi, dużo fortyfikacji bo ciągną się na całej granicy Francusko-Niemieckiej i jeszcze dalej. Każdy, kto słyszał coś o „bunkrach” nie mógł nie słyszeć o Linii Maginota. Także naczytawszy się różnych książek i opracowań odnośnie różnych, fortyfikacji – nie tylko tych w Polsce postanowiliśmy że w końcu należy dotrzeć do tej swoistej mekki bunkrowego świata i zwiedzić choć jakiś ułamek tych fortyfikacji. Po zasięgnięciu języka u znajomych, którzy już tam byli wcześniej, po przewertowaniu różnych stron internetowych zaczął się rodzić plan. Ze względu na rozciągliwość linii na dużym obszarze niemożliwym było zwiedzenie całości, więc musieliśmy dokonać selekcji i zdecydować się na wizytę tylko w tych najbardziej reprezentatywnych obiektach. Czas określiliśmy sobie z góry na 3 dni. Po zebraniu ekipy ruszyliśmy w czwartek po południu w drogę- Dan, Buźka, Reggi, Marmatu i Ja.

Droga do naszej pierwszej miejscówki – G.W. Soetrich przebiegała zgodnie z planem i ok. 2 w nocy po przejechaniu ok. 900 km. dojechaliśmy na miejsce. A tutaj psikus. Wejścia do podziemi okazały się być solidnie pozasypywane i niemożliwym było wejście do środka nie brudząc się przy tym jak w kopalni. Ponieważ nie byliśmy gotowi na taki wariant to postanowiliśmy udać się na następną grupę warowną, opuszczoną według naszych informacji. I tak dotarliśmy do G.W. Molvange. Po rozpoznaniu obu wejść, znaleźliśmy dogodne miejsce na zostawienie samochodu i weszliśmy do podziemi. Jako że byliśmy w trasie od zeszłego dnia to nie myśleliśmy już o niczym innym jak o spaniu, zatem po szybkim znalezieniu suchego pomieszczenia poszliśmy spać.

I tak nastał piątek rano. Po krótkim śnie i śniadaniu na powierzchni wróciliśmy do podziemi na zwiedzanie, podziwianie, robienie zdjęć. Mając w pamięci obraz tego co zostało z oryginalnego wyposażenia na MRU i innych fortyfikacjach w Polsce od razu rzuca się w oczy ilość wyposażenia, które pomimo upływu czasu nie zostało jeszcze rozkradzione. Oczywiście wprawne oko zauważy różnice w konstrukcji obiektów francuskich i niemieckich.

 

Następną Grupę Warowną, którą chcieliśmy zwiedzić była G.W. Latiremont. W odróżnieniu od poprzedniej, do której wejścia znajdowały się w lesie, wejścia do tej są na polu jakiś kilometr od wioski i miejscowi nie mogą nie zauważyć że ktoś się kręci wokół wejść i chodzi po ich polu, bo to przecież „ich miedza”!  Tak nam się wydawało. Jakież było nasze zdziwienie, gdy nikt z przejeżdżających obok nas rolników i rowerzystów nie zwrócił na nas uwagi i nie zagadał ani słowa. Zapewne byśmy i tak się nie dogadali, bo tylko jeden z nas coś rozumiał po francusku, a francuzi nie rozmawiają z obcokrajowcami w żadnym innym języku jak francuski.  Tutejsze podziemia były równie interesujące jak poprzednio, ale zachowało się mniej wyposażenia. Z obawy o samochód podzieliliśmy się na dwie grupy i część spała w samochodzie a reszta-jak na prawdziwych bunkrowców przystało poszła spać do podziemi.

Na sobotę zaplanowaliśmy wizytę w nieco starszych fortyfikacjach ale nie mniej znanych, niż te zwiedzane do tej pory - forty Vaux i Douaumont. Są to obiekty wykorzystane bojowo w czasie bitwy pod Verdun i noszące ślady walk. Tutaj już nie było mowy o żadnym innym zwiedzaniu niż bilet i trasa turystyczna, ale łączna cena 6,5 EUR za oba forty nie jest wygórowana. Oczywiście nie wszystkie zakątki fortów są udostępnione do zwiedzania, ale każdy, kto miał okazję przebywać w analogicznych fortach, budowanych w podobnym czasie przez naszych zaborców znów może mieć okazję do porównania dzieł obronnych różnych państw. Uwagę przykuwają nie tylko haubice schowane pod staliwnymi kopułami, ale wystawy, ślady ostrzału na murach i leje po pociskach.

 

Ostatnim naszym akcentem wizyty we Francji była kolejna trasa turystyczna na grupie warownej Hackenberg. A więc powrót do Linii Maginota i fortyfikacji drugo wojennych. O samym obiekcie i działającej w nim trasie turystycznej wiadomo nie od dziś i pisano już wiele. Naprawdę warto było wydać 10 EUR by zobaczyć to co się w całości zachowało i działa, zwłaszcza że w poprzednich obiektach wszystko było niedziałające i w mniejszym lub większym stopniu ale niekompletne a więc: jeżdżąca kolejka elektryczna, działające agregaty diesla, obracające się kopuły, armaty w tradytorach… W Polsce za taką cenę chyba próżno znaleźć takie atrakcje. Tym sposobem nasz plan zobaczenia francuskich fortyfikacji został zrealizowany.

Czując się spełnionymi mogliśmy rozpocząć powrót do domu, a że przez Niemcy jeszcze długa droga w samych Niemczech nie jest brak różnych ciekawych miejsc, to mając namiary na opuszczone lotnisko będące po drodze zaczęliśmy powrót. Będąc już na miejscu udało nam się znaleźć pokój z niewybitą szybą i całymi drzwiami w jednym z bloków poradzieckich, gdzie mogliśmy spokojnie się przespać nie niepokojeni przez nikogo. Rano okazało się że w pobliżu są rozgrywane zawody driftowania, ale woleliśmy w tym czasie rozejrzeć się po okolicy.

Okazało się że nie jest to miejscówka do końca opuszczona ale w niedziele Niemcy nie pracują, więc unikając kręcącego się tu i ówdzie ochroniarza z psem i paru podejrzanych gości opuściliśmy teren i pojechaliśmy dalej już bez większych problemów do domu. Zatem jak widać pomimo pozornej odległości wypad na Linię Maginota nie jest rzeczą do której trzeba się jakoś specjalnie przygotować. Nie potrzeba także nie wiadomo ile czasu bo jak widać można tam się udać w trakcie przedłużonego o jeden dzień weekendu ze zgraną ekipą.

Łukasz W.

>>> GALERIA <<<